Ogłaszam to wydanie Lektur Telewizyjnych „specjalną edycją brytyjską”, bowiem w tym tygodniu dwa seriale prosto z wysp: kostiumowy Peaky Blinders i futurystyczny Black Mirror.
Peaky Blinders to serial oparty na faktach opowiadający o słynnym gangu, który rządził miastem Birmingham w latach dwudziestych ubiegłego wieku. W związku z tematyką produkcja ta często porównywana jest do amerykańskiego Boardwalk Empire, którą omawiałam już na swoim blogu. Historia zza oceanu przekonuje przede wszystkim dzięki złożoności postaci, którego niestety zabrakło w Peaky Blinders. Co ciekawe, oba seriale podejmują problematykę żołnierzy powracających z frontu Pierwszej Wojny Światowej - również na tym polu Boardwalk Empire wygrywa z brytyjskim „kuzynem” (niezapomninana postać Jacka Harrowa). Mimo mankamentów jednak serial wart jest obejrzenia, chociażby dla świetnej ścieżki dźwiękowej autorstwa Nicka Cave’a oraz ze względu na genialnego (jak zawsze) Toma Hardy’ego, który niestety pojawia się dopiero w drugim sezonie.
Black Mirror natomiast to produkcja sci-fi, która rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Świat przedstawiony mocno przypomina nam współczesny (podobnie zresztą jak w polecanym przeze mnie niedawno serialu youtubowym H+ The digital series). W tejże przyszłości technologia jest rzecz jasna bardziej zaawansowana. Klonowanie człowieka czy też stworzenie sztucznej inteligencji nie stanowi już żadnego problemu. Człowiek ma wbudowany chip rejestrujący wszystkie wydarzenia z jego życia w wewnętrznej pamięci. Mocno odczuwalna jest wszechobecność elektronicznych mediów. Każdy odcinek stanowi odrębną i zamkniętą w sobie historię - jedyny łącznik stanowi tytuł serialu, który nawiązuje do czarnego ekranu monitora, komórki czy tabletu. Black Mirror stanowi analizę kondycji człowieka w zdygitalizowanym świecie. Odcinków powstało w sumie sześć plus jeden dodatkowy „świąteczny”. Serial jest według mnie trochę nierówny, odnosi się wrażenie, jakby każda z historii pisana i reżyserowana była przez inną ekipę. Na pewno warto zajrzeć do pilota serialu (The National Anthem) oraz do drugiego odcinka drugiej serii (White Bear). Choć nie do końca przekonuje jest to z pewnością ciekawa propozycja na weekend.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial brytyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial brytyjski. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 października 2015
wtorek, 9 października 2012
Wallander: pospolity bohater
I jako aktor i jako reżyser Kenneth Branagh zapisał się w historii filmu swoimi genialnymi adaptacjami dzieł szekspirowskich. Często mówi się o nim jako o następcy Lawrence'a Oliviera – odkąd zadebiutował w 1989 roku swoją interpretacją Henryka V, to właśnie Branagh uważany jest w Wielkiej Brytanii za najważniejszego specjalistę od Szekspira. Ostatnio aktor ten dał się skusić do zagrania w telewizji: w 2005 roku mogliśmy go podziwiać w filmie biograficznym o prezydencie USA, Franklinie Roosevelcie (Warm Springs), od 2008 roku zaś występuje w roli inspektora Wallandera w brytyjskim mini-serialu (którego jest również producentem wykonawczym) opartym na bestsellerowym cyklu kryminałów autorstwa Henninga Mankella.
Kenneth Branagh jako Hamlet
W przypadku tego serialu nie obejdzie się bez porównań ze szwedzką ekranizacją dzieł Mankella: w tym porównaniu obie skandynawskie wersje wypadają zdecydowanie blado. Brytyjski odpowiednik jest mniej hermentyczny, bardziej uniwersalny i bardziej intrygujący. Największe uznanie należy się oczywiście aktorom, z Kennethem Branaghiem na czele. Obsadzenie aktora szekspirowskiego w roli małomiasteczkowego policjanta było doskonałym posunięciem (otrzymał on nominacje do wszystkich możliwych nagród telewizyjnych). Kurt Wallander w wydaniu Kennetha Branagha to normalny facet przechodzący kryzys wieku średniego, siwiejący, z podkrążonymi oczami i trzydniowym zarostem – jednocześnie wiecznie znużony, pogrążony w melancholii i niepewny swych poczynań. Do niego właśnie odnoszą się słowa z piosenki tytułowej: "Twelve thousand miles away from your smile, I'm twelve thousand miles away from me." Każda zmarszczka widniejąca na jego twarzy to nie tylko zwykła oznaka starzenia się, ale zarazem widoczny ślad nieszczęść i cierpień, których był świadkiem. Jakaś paraliżujący stan depresyjny, niepokój w jego zmęczonych oczach przywodzą na myśl niemy krzyk wydawany przez postać z płótna Muncha.
Edvard Munch Krzyk (1893)
Można by odnieść mylne wrażenie, że Kurt równie dobrze mógłby być na przykład sprzedawcą w sklepie lub dyrektorem banku. Jednak jest coś, co go wyróżnia na tle innych "smiertelników", co powoduje, że my jak widzowie wierzymy, że tylko on jest w stanie rozwiązać kolejną zagadkę: Uzmysławia to następująca scena:
Wallander przybywszy na miejsce zbrodni widzi nieopodal pole, na którym uprawiana jest pszenica. Kierowany jakimś przeczuciem podchodzi do zboża, dotyka palcami kłosów, w końcu schyla się, maca ziemię powolnie posuwając się w głąb pola, uporczywie przeczesuje całe pole... wreszcie znajduje to, czego szukał. Scena ta, jak żadna wcześniej, w genialny sposób określa, co to znaczy mieć tzw. nosa, dlaczego ktoś może być policjantem z powołania a ktoś inny nie: to po prostu instynkt. I ten instynkt właśnie, powoduje, że Wallander się nie poddaje, a my śledząc przed telewizorem jego poczynania, stajemy się jego najwierniejszymi kibicami.
Kenneth Branagh jako Wallander
W tym serialu znajdzie się wiele tego typu scen i dla nich właśnie warto go oglądać. Warto go oglądać również dla klimatu rodem z filmów Bergmana: ciągle obserwujemy bohatera będącego w drodze, udającego się gdzieś swoim szwedzkim Volvo - niby nic się nie dzieje, ale zarazem sceny te mówią wszystko. Jednych może nużyć ta senna narracja, lecz jest ona równie ważnym składnikiem co sama postać Wallandera, dodaje ona głębi psychologicznej – ciągły widok szwedzkich krajobrazów (serial kręcony jest na miejscu, w autentycznej scenerii), niekończące się pola, łąki, lasy uzmysławiają pustkę emocjonalną głównego bohatera. Dodatkowo ten powolny sposób opowiadania buduje konieczne w serialu kryminalnym napięcie - jakiś złowrogi spokój panujący w małej, szwedzkiej miejscowości....
Wallander
Swoją interpretacją Kenneth Branagh doprowadził rolę szwedzkiego policjanta do perfekcji - żaden inny aktor nie potrafił w tak przekonujący sposób oddać wewnętrzne rozterki bohatera posługując się jedynie kilkoma gestami, ledwo zauważalną mimiką twarzy (chociażby w odcinku, w którym po ciężkiej depresji wraca do pracy - majstersztyk!). W 2009 roku Henning Mankell postanowił skończyć swoją serię o Wallanderze, dlatego też obecnie trwają prace nad ostatnimi odcinkami serialu - ale na szczęście przed nami jeszcze długie, zimowe wieczory... ze szwedzkim kryminałem na osłodę.
W przypadku tego serialu nie obejdzie się bez porównań ze szwedzką ekranizacją dzieł Mankella: w tym porównaniu obie skandynawskie wersje wypadają zdecydowanie blado. Brytyjski odpowiednik jest mniej hermentyczny, bardziej uniwersalny i bardziej intrygujący. Największe uznanie należy się oczywiście aktorom, z Kennethem Branaghiem na czele. Obsadzenie aktora szekspirowskiego w roli małomiasteczkowego policjanta było doskonałym posunięciem (otrzymał on nominacje do wszystkich możliwych nagród telewizyjnych). Kurt Wallander w wydaniu Kennetha Branagha to normalny facet przechodzący kryzys wieku średniego, siwiejący, z podkrążonymi oczami i trzydniowym zarostem – jednocześnie wiecznie znużony, pogrążony w melancholii i niepewny swych poczynań. Do niego właśnie odnoszą się słowa z piosenki tytułowej: "Twelve thousand miles away from your smile, I'm twelve thousand miles away from me." Każda zmarszczka widniejąca na jego twarzy to nie tylko zwykła oznaka starzenia się, ale zarazem widoczny ślad nieszczęść i cierpień, których był świadkiem. Jakaś paraliżujący stan depresyjny, niepokój w jego zmęczonych oczach przywodzą na myśl niemy krzyk wydawany przez postać z płótna Muncha.
Wallander przybywszy na miejsce zbrodni widzi nieopodal pole, na którym uprawiana jest pszenica. Kierowany jakimś przeczuciem podchodzi do zboża, dotyka palcami kłosów, w końcu schyla się, maca ziemię powolnie posuwając się w głąb pola, uporczywie przeczesuje całe pole... wreszcie znajduje to, czego szukał. Scena ta, jak żadna wcześniej, w genialny sposób określa, co to znaczy mieć tzw. nosa, dlaczego ktoś może być policjantem z powołania a ktoś inny nie: to po prostu instynkt. I ten instynkt właśnie, powoduje, że Wallander się nie poddaje, a my śledząc przed telewizorem jego poczynania, stajemy się jego najwierniejszymi kibicami.
W tym serialu znajdzie się wiele tego typu scen i dla nich właśnie warto go oglądać. Warto go oglądać również dla klimatu rodem z filmów Bergmana: ciągle obserwujemy bohatera będącego w drodze, udającego się gdzieś swoim szwedzkim Volvo - niby nic się nie dzieje, ale zarazem sceny te mówią wszystko. Jednych może nużyć ta senna narracja, lecz jest ona równie ważnym składnikiem co sama postać Wallandera, dodaje ona głębi psychologicznej – ciągły widok szwedzkich krajobrazów (serial kręcony jest na miejscu, w autentycznej scenerii), niekończące się pola, łąki, lasy uzmysławiają pustkę emocjonalną głównego bohatera. Dodatkowo ten powolny sposób opowiadania buduje konieczne w serialu kryminalnym napięcie - jakiś złowrogi spokój panujący w małej, szwedzkiej miejscowości....
Swoją interpretacją Kenneth Branagh doprowadził rolę szwedzkiego policjanta do perfekcji - żaden inny aktor nie potrafił w tak przekonujący sposób oddać wewnętrzne rozterki bohatera posługując się jedynie kilkoma gestami, ledwo zauważalną mimiką twarzy (chociażby w odcinku, w którym po ciężkiej depresji wraca do pracy - majstersztyk!). W 2009 roku Henning Mankell postanowił skończyć swoją serię o Wallanderze, dlatego też obecnie trwają prace nad ostatnimi odcinkami serialu - ale na szczęście przed nami jeszcze długie, zimowe wieczory... ze szwedzkim kryminałem na osłodę.
wtorek, 18 września 2012
Damages: When I am through with you there won't be anything left
No i stało się: w zeszłym tygodniu pożegnaliśmy kapitalny serial Damages (polski tytuł: Układy), a wraz z nim rozstaliśmy się z jedną z najbardziej intrygujących postaci kobiecych ostatniej dekady, Patty Hewes.
Damages
Damages to najmniej konwencjonalny dramat sądowy w historii telewizji – nic dziwnego skoro pomysłodawcą i scenarzystą programu był Todd Kessler, twórca epokowej Rodziny Soprano. Podczas gdy większość seriali ukazujących kulisy pracy prawników (jak chociażby Law & Order, klasyka gatunku) pisanych jest tak, by każdy odcinek toczył się wokół jednej sprawy, twórcy Układów zrezygnowali z tej formuły. Pięć sezonów Damages to jedna złożona historia, w obrębie której rozgrywa się kilka opowieści przeplatających się nawzajem i tworzących misterną konstrukcję powikłań i złożoności tytułowych układów. Dodatkowo scenarzyści postanowili złamać klasyczną konstrukcję opowieści poprzez zabawę z chronologią i percepcją (wykorzystaną wcześniej chociażby w Memento). Kolejno odkrywane fakty i ciągła zmiana perspektywy stopniowo podnoszą atmosferę niepewności i trzymają widza w napięciu od pierwszego do ostatniego odcinka. Świetnie skonstruowane postaci tworzą intrygujące konstelacje: ciekawym zabiegiem było obsadzenie znanych aktorów komediowych (takich jak Martin Short – Saturday Night Life, Ted Danson – Zdrówko, John Goodman – Flinstonowie) w roli przestępców, co wzmacnia u widza poczucie dezorientacji i dyskomfortu. Jednak najważniejsza w Układach jest historia dwóch głównych bohaterek wzorowana na znanym micie o Mefistofelesie i Fauście: z jednej strony demoniczna Patty Hewes (w tej roli genialna Glenn Close), z drugiej jej protegowana, naiwna Ellen Parsons (Rose Byrne).
Glenn Close jako Patty Hewes w Damages
W centrum uwagi nie stoi już batalia sądowa, ale wojna prawników (oraz ich klientów) toczona poza salą sądową. W tej wojnie nerwów udział mogą brać tylko najlepsi, najsprytniejsi i najbardziej bezwzględni gracze. Na tym placu boju głównym rozgrywającym jest Patty Hewes, rzeczywisty szwarccharakter wszystkich pięciu sezonów serialu. To bezwzględna mścicielka, żądna władzy manipulatorka, której głównym celem jest doszczętne zmiażdżenie przeciwnika. W interpretacji Glenn Close Patty to Lady Makbet na miarę XXI wieku – dążąca po trupach do celu, niszcząca nie tylko swoich wrogów, ale i przede wszystkim swoich najbliższych. I podobnie jak Lady Makbet ją również nawiedzają zmory przeszłości nie zezwalające na spokojny sen – wojna, jaką toczy od lat, pozostawia krwiste ślady, niszczy ją jako matkę, kobietę, człowieka. Intrygująca postać, genialna rola Glenn Close.
Johann Heinrich Füssli: Lady Makbet (1781-1784)
Swego czasu Hitchcock stworzył ikonę: zimną blondynkę - intrygującą, władczą i destrukcyjną kobietę (Kim Novak w Vertigo, Tippi Hedren w Birds). W telewizji pierwsza tego typu postać pojawiła się w 1991 roku w brytyjskiej produkcji p.t. Prime Suspect (tytuł polski: Główny Podejrzany). Po tylu latach serial wciąż kusi - głównie z powodu Helen Mirren, która wcieliła się w rolę inspektor Jane Tennison. Dzięki tym kreacjom obie aktorki udowodniły, że w aktorskim panteonie robi się ciasno wokół Meryl Streep.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Co łączy Downton Abbey i koktajl mleczny?
We wrześniu 2012 ITV wyświetli premierowy odcinek długo oczekiwanego trzeciego sezonu Downton Abbey - poniżej kilka refleksji:
W dwóch zdaniach (dla niewtajemniczonych): Lord Grantham zamieszkuje z żoną i trzema córkami posiadłość o nazwie Downton Abbey. Gdy 14 kwietnia 1912 roku na Titanicu ginie prawowity dziedzic majątku (i zarazem narzeczony najstarszej z sióstr, Mary), nowym spadkobiercą staje się daleki kuzyn rodziny, Matthew Crawley.
Serial kostiumowy to prosty przepis na sukces - zarówno entourage jak i tematyka na wstępie podnoszą prestiż przedsięwzięcia. W przypadku Downton Abbey mamy tragedię Titanica, mamy I Wojnę Światową, mamy całą powagę wydarzeń historycznych... Serial kręcony jest głównie we wnętrzach autentycznej posiadłości wiejskiej jak i w odtworzonych pomieszczeniach dla służby w studiu filmowym. Nad "etykietą" piecze trzyma specjalnie w tym celu zaangażowany znawca protokołu dworskiego. Zadbano o każdy szczegół, wszak jest to najdroższa w dziejach Wielkiej Brytanii produkcja telewizyjna. I choć scenariusz pisany był z punktu widzenia współczesnego odbiorcy (tematyka różnic klasowych, prawa kobiet, homoseksualizm - cudowny dialog pomiędzy kucharką a pomocą kuchenną: "Thomas is not a ladie's man. He's a troubled soul."), twórcom udało się stworzyć cudownie powolną narrację, pozwalającą wtopić się w spokojny rytm codziennej rutyny pewnej brytyjskiej posiadłości.
Niestety do czasu. Drugi sezon serialu (rozgrywający się w latach 1916-1918) nie dotrzymał obietnicy danej w pierwszych odcinkach mini-serii. Downton Abbey można by nazwać spin-offem Gosford Parku - wszak i tu i tu scenariusz pisała ta sama osoba, Julian Fellowes. Jednak mimo kilku świetnych pomysłów i ciekawych postaci serial nie dorasta do pięt pierwowzorowi, o innych filmach, których akcja toczy się wokół podobnej tematyki (jak np. Resztki dnia), nie wspominając.
Zamiast zagłębiać się bardziej w psychikę przedstawionych w pierwszym cyklu postaci, Fellowes gromadzi coraz więcej wątków i wydarzeń, powodując tym samym, że bohaterowie stają się kukłami w cyrkowym przedstawieniu. Podczas gdy w pierwszej serii chociażby kwestia zamążpójścia jest sprawą najważniejszą, bowiem od jednej decyzji zależy dobro (lub zło) całej rodziny, w drugim sezonie wszystko rozgrywa się wokół pytania: Kocha, nie kocha, honorowy, niehonorowy, fajny niefajny - nieważne różnice klasowe, nieważne skandale, nieważny majątek.
Największą bolączką drugiej serii jest niespodziewanie przyspieszona fabuła. Rozgrywająca się w tle I Wojna Światowa, która mogłaby się stać przyczynkiem wielu ciekawych zwrotów akcji, działa tu niczym Deus Ex Machina. W obrębie jednego odcinka Matthew zaginął na froncie, by się cudownie zjawić na balu charytatywnym odbywającym się na terenie posiadłości. Mało tego. W kolejnym odcinku Matthew zostaje ciężko ranny, jest sparaliżowany od pasa w dół. Depresja spowodowana paraliżem obiecuje ciekawy obrót rzeczy: czy blond panicz ulegnie jakimś nałogom, zacznie grać w karty, uzależni się od morfiny, stanie się okrutny wobec przecudnej narzeczonej Lavinii? NIE! Gdyż nagle: Deus Ex Machina, cud nad cuda, alleluja: Matthew cudownie ozdrawia! (bo pan doktor się pomylił stawiając diagnozę, przecież to oczywiste). Jednocześnie jego równie cudowna narzeczona umiera w przeddzień ślubu padając ofiarą epidemii hiszpańskiej grypy, natomiast jego wielka niespełniona miłość, Mary, ni stąd ni zowąd, pod wpływem gwałtownego poczucia niezależności, porzuca wreszcie ohydnego nuworysza Carlisle'a... - a teraz chipsy na bok i wyciągajcie chusteczki, bo Marysia i Maciej będą razem, prawdziwa miłość zatriumfowała, love forever, Amen!
Tak o to drugi sezon zmienia całkowicie klimat: przenosimy się z chłodnego brytyjskiego pałacu wiejskiego na cieplutką brazylijską plantację. Zrozumiałe jest, że scenarzyści, oszołomieni sukcesem pierwszego sezonu serialu naprędce sklecili odcinki do dalszej części Downton Abbey (w końcu show-biznes to biznes jak każdy inny), ale cudownie ozdrowiony kaleka? Really?
Daily Mail
Z Downton Abbey jest niestey jak z Milk Shakiem (wiadomej marki) o smaku waniliowym - gdy napijesz się tej słodkiej lodowo-mlecznej papki w zbyt dużych dawkach, to aż głowa boli! Trzeba żywić nadzieję, że Julian Fellowes wziął długi urlop i popijając ciepłą herbatkę z mleczkiem, dopracował to i owo w swej historii o lordach i ich służących. Wszak jest kilka niedokończonych wątków, do których warto powrócić (wciąż nierozwiązania kwestia nagłej śmierci tureckiego dyplomaty, który to wątek, nota bene, oparty został o prawdziwe wydarzenia) oraz parę arcyciekawych postaci (Mrs. O'Brien & Thomas), dla których, mimo zastrzeżeń, warto ten serial oglądać.
W dwóch zdaniach (dla niewtajemniczonych): Lord Grantham zamieszkuje z żoną i trzema córkami posiadłość o nazwie Downton Abbey. Gdy 14 kwietnia 1912 roku na Titanicu ginie prawowity dziedzic majątku (i zarazem narzeczony najstarszej z sióstr, Mary), nowym spadkobiercą staje się daleki kuzyn rodziny, Matthew Crawley.
Serial kostiumowy to prosty przepis na sukces - zarówno entourage jak i tematyka na wstępie podnoszą prestiż przedsięwzięcia. W przypadku Downton Abbey mamy tragedię Titanica, mamy I Wojnę Światową, mamy całą powagę wydarzeń historycznych... Serial kręcony jest głównie we wnętrzach autentycznej posiadłości wiejskiej jak i w odtworzonych pomieszczeniach dla służby w studiu filmowym. Nad "etykietą" piecze trzyma specjalnie w tym celu zaangażowany znawca protokołu dworskiego. Zadbano o każdy szczegół, wszak jest to najdroższa w dziejach Wielkiej Brytanii produkcja telewizyjna. I choć scenariusz pisany był z punktu widzenia współczesnego odbiorcy (tematyka różnic klasowych, prawa kobiet, homoseksualizm - cudowny dialog pomiędzy kucharką a pomocą kuchenną: "Thomas is not a ladie's man. He's a troubled soul."), twórcom udało się stworzyć cudownie powolną narrację, pozwalającą wtopić się w spokojny rytm codziennej rutyny pewnej brytyjskiej posiadłości.
Niestety do czasu. Drugi sezon serialu (rozgrywający się w latach 1916-1918) nie dotrzymał obietnicy danej w pierwszych odcinkach mini-serii. Downton Abbey można by nazwać spin-offem Gosford Parku - wszak i tu i tu scenariusz pisała ta sama osoba, Julian Fellowes. Jednak mimo kilku świetnych pomysłów i ciekawych postaci serial nie dorasta do pięt pierwowzorowi, o innych filmach, których akcja toczy się wokół podobnej tematyki (jak np. Resztki dnia), nie wspominając.
Zamiast zagłębiać się bardziej w psychikę przedstawionych w pierwszym cyklu postaci, Fellowes gromadzi coraz więcej wątków i wydarzeń, powodując tym samym, że bohaterowie stają się kukłami w cyrkowym przedstawieniu. Podczas gdy w pierwszej serii chociażby kwestia zamążpójścia jest sprawą najważniejszą, bowiem od jednej decyzji zależy dobro (lub zło) całej rodziny, w drugim sezonie wszystko rozgrywa się wokół pytania: Kocha, nie kocha, honorowy, niehonorowy, fajny niefajny - nieważne różnice klasowe, nieważne skandale, nieważny majątek.
Największą bolączką drugiej serii jest niespodziewanie przyspieszona fabuła. Rozgrywająca się w tle I Wojna Światowa, która mogłaby się stać przyczynkiem wielu ciekawych zwrotów akcji, działa tu niczym Deus Ex Machina. W obrębie jednego odcinka Matthew zaginął na froncie, by się cudownie zjawić na balu charytatywnym odbywającym się na terenie posiadłości. Mało tego. W kolejnym odcinku Matthew zostaje ciężko ranny, jest sparaliżowany od pasa w dół. Depresja spowodowana paraliżem obiecuje ciekawy obrót rzeczy: czy blond panicz ulegnie jakimś nałogom, zacznie grać w karty, uzależni się od morfiny, stanie się okrutny wobec przecudnej narzeczonej Lavinii? NIE! Gdyż nagle: Deus Ex Machina, cud nad cuda, alleluja: Matthew cudownie ozdrawia! (bo pan doktor się pomylił stawiając diagnozę, przecież to oczywiste). Jednocześnie jego równie cudowna narzeczona umiera w przeddzień ślubu padając ofiarą epidemii hiszpańskiej grypy, natomiast jego wielka niespełniona miłość, Mary, ni stąd ni zowąd, pod wpływem gwałtownego poczucia niezależności, porzuca wreszcie ohydnego nuworysza Carlisle'a... - a teraz chipsy na bok i wyciągajcie chusteczki, bo Marysia i Maciej będą razem, prawdziwa miłość zatriumfowała, love forever, Amen!
Tak o to drugi sezon zmienia całkowicie klimat: przenosimy się z chłodnego brytyjskiego pałacu wiejskiego na cieplutką brazylijską plantację. Zrozumiałe jest, że scenarzyści, oszołomieni sukcesem pierwszego sezonu serialu naprędce sklecili odcinki do dalszej części Downton Abbey (w końcu show-biznes to biznes jak każdy inny), ale cudownie ozdrowiony kaleka? Really?
Z Downton Abbey jest niestey jak z Milk Shakiem (wiadomej marki) o smaku waniliowym - gdy napijesz się tej słodkiej lodowo-mlecznej papki w zbyt dużych dawkach, to aż głowa boli! Trzeba żywić nadzieję, że Julian Fellowes wziął długi urlop i popijając ciepłą herbatkę z mleczkiem, dopracował to i owo w swej historii o lordach i ich służących. Wszak jest kilka niedokończonych wątków, do których warto powrócić (wciąż nierozwiązania kwestia nagłej śmierci tureckiego dyplomaty, który to wątek, nota bene, oparty został o prawdziwe wydarzenia) oraz parę arcyciekawych postaci (Mrs. O'Brien & Thomas), dla których, mimo zastrzeżeń, warto ten serial oglądać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





